Wszystko miało być zupełnie inaczej, nie tylko na tym blogu, ale i w naszym życiu…

Miały być niesamowite dalsze wyprawy i bliższe weekendowe wypady… Nasze życie miało być jeszcze przez dłuższy czas takie beztroskie, wieczorem spotkanie ze znajomymi, czemu nie, jutro wypad nad morze, pewnie, po co się kisić w domu… Planowaliśmy jeszcze co najmniej kilka lat pomieszkać w wynajmowanym mieszkaniu w Warszawie, ja miałam dokończyć aplikację adwokacką, którą dopiero co zaczęłam… A później… No właśnie, nasze dalsze plany nie były kompletnie sprecyzowane. W odległej przyszłości planowaliśmy kupić mieszkanie albo dom, w Warszawie albo w naszej rodzinnej miejscowości, ale to były na tyle odległe plany, że w ogóle nie zaprzątaliśmy sobie tym głowy…

Aż pewnego styczniowego dnia zrobiłam test ciążowy, później drugi, ale ta druga kreska wydawała mi się cały czas jakaś taka mało wyraźna (co innego teraz jak na te testy patrzę, bo oczywiście zachowałam na pamiątkę, to zastanawiam się jak mogłam nie dostrzec tak wyraźnych kresek), więc dla pewności zrobiłam badanie krwi na obecność hormonu beta hCG. Wyniki miały być tego samego dnia kiedy lecieliśmy do Brukseli (ze względu na to, że Bruksela słynie m.in. z produkcji piwa, to wolałam znać wynik przed wylotem), więc w oczekiwaniu na odprawę zadzwoniłam do przychodni i Pani podała mi mój wynik, z którego jasno wynikało, że jestem w ciąży. Tym sposobem, na lotnisku im. Fryderyka Chopina dowiedzieliśmy się, że do naszej dwuosobowej „rodziny” dołączy nowa osóbka…

lotnisko

Bruksela

No i się zaczęło… Tak na prawdę to nic się nie zaczęło, nic się nie zmieniło, świat się nie zatrzymał, nadal pędził swoim tempem i torem. Nawet my na początku jakoś specjalnie nie zaczęliśmy od razu wszystkiego planować, w końcu do września było jeszcze tak dużo czasu… Na początku jedynie przystopowaliśmy z podróżami, przepadły nam bilety do Rzymu, o którym marzyłam od dłuższego czasu, no ale czego się nie robi dla bezpieczeństwa maleństwa i spokoju psychicznego matki. Mimo wszystko trochę mi smutno, że w tym roku nie będziemy mieli prawdziwych wakacji… No ale już planujemy jakiś dalszy wypad w trójkę w styczniu albo w lutym, kiedy już się dobrze wszyscy poznamy, bo ustaliliśmy, że dziecko nie może nas stopować, oczywiście wszystko w granicach zdrowego rozsądku, ale musi nam się wspólnie dobrze żyć, bez zbędnych ograniczeń…

Poza przyjemnościami trzeba było pomyśleć o kwestiach bardziej przyziemnych, takich jak  to gdzie będziemy mieszkać. Dla dobra naszego związku (co by się ze zmęczenia i nerwów nie pozabijać) zdecydowaliśmy, że po narodzinach Maleństwa przeprowadzimy się z powrotem do naszej rodzinnej miejscowości, gdzie jest zdecydowanie większa szansa, że raz na jakiś czas, chociaż na 1 h albo 2 h zostaniemy odciążeni i będziemy mogli się wyspać, bo tylko tego się obawiam (taka naiwna i pełna nadziei jestem). No ale zanim się przeprowadzimy to wymyśliliśmy sobie poważny remont naszego przyszłego domku, a na dzień dzisiejszy jeszcze nic się w tej kwestii nie rozpoczęło, bo cały czas poszukujemy ekipy, ale przecież do września jest masa czasu….

Pomimo tego, że dopiero we wrześniu ma się pojawić nowy członek naszej „rodziny”, więc nie mogę jeszcze dotknąć mojego Maleństwa, ja już czuję, że jestem mamą, więc nie mogłam się doczekać dzisiejszego święta i uznałam, że to idealny dzień na „przebranżowienie” mojego bloga i takie prawdziwe go prowadzenie.

ciążowy-brzuszek

Z okazji dzisiejszego święta życzę wszystkim mamom wytrwałości i codziennie uśmiechów i buziaczków od Waszych dzieci, a sobie życzę żebym była taką mamą jaką jest dla mnie moja cudowna mama.

Roses

A gdzie wy dowiedziałyście się, że zostaniecie mamami?